Frania i Fela.

Frania i Fela to kotki z łapanki sprzed kilku lat, gdy jeszcze mieszkaliśmy na Woli. Kotka z małymi zaczęła wychodzić z piwnicy na chodnik, który od ulicy dzielił metr z kawałkiem. O nieszczęście było tu naprawdę nietrudno… Przy pomocy z klatką łapką Oli i jej męża zasadziliśmy się na mamę i maluszki. Kotka pojechała na sterylkę i niestety wróciła na miejsce bytowania a dziewczynki pojechały do nas na oswojenie i doprowadzenie do porządku. Były pchły, początki kociego kataru i duuuże przerażenie na widok człowieka. Do tej pory pamiętam, że ząbki, mimo że takie małe – dziabały jak zębiska rekina ;) .
Ponieważ pierwsza wizyta u weterynarza odbyła się dopiero po kilku dniach – zgodnie uznaliśmy że ten bardziej dziki dzik to chłopak więc będzie Franek. A mniejsza i słodsza z pysia ;) to na pewno dziewczynka więc będzie Fela, zwana często też Lalą, bo miły charakter i zamiłowanie do głaskania się nie zmieniło. No i tak mieliśmy przez tydzień Frania i Felę aż do wizyty u weta, który to zaprotestował przeciw temu imieniu z prostego powodu – to też była dziewczynka ;) . Franek więc został Franią, na którą w szczególnych chwilach rozczulenia ;) wołamy teraz Franca.
No i tak oswajały się dziewczynki bardzo powoli. Wzloty i upadki, ciągłe choroby odpornościowe Lali z podejrzeniem białaczki nie ułatwiały szukania domu a chcieliśmy by poszły do domu razem.
Panienki rosły, z ufnością było coraz lepiej, ale do tego doszły rujki, jak to u podwórkowych z pochodzenia kotek trochę szybciej – Franię wysterylizowaliśmy dość szybko, ale Lala była ciągle chora… Trafiliśmy jednak na moment, gdy nie było żadnej choroby i również trafiła na zabieg. Od tej pory przez te kilka lat chorowała bardzo sporadycznie. Weterynarz powiedział, że ciągłe rujki mogły ją dodatkowo osłabiać, więc sterylizacja była dobrym pomysłem i tak.
Na zdjęciu Frania i Lala a w oddali nasz kochany Furkot. Zostały obie u nas po nieudanej adopcji mimo trafienia do fajnego domku (Lala odmówiła jedzenia, picia i załatwiania się, wróciła do normy z zesłania ;) natychmiast).
A pytanie było która jest która ;) bo są naprawdę bardzo podobne (OK, dla nas są zupełnie różne, ale znajomi do tej pory nie poznają ;) ) – przykładem który pozwala znajomym je odróżnić jest to, że FRania ma skaRpetki a FeLa podkoLanówki ;) .
Siostry a charaktery dość rózne – Frania nadal potrafi syknąć, gdy np. się nagle przebudzi, przez dłuższy czas także wyjmowała ze śmietnika resztki jedzenia i skórki od pieczywa, nadal traktuje to trochę chyba jako zdobycz i że szybko trzeba zjeść. Miziak wielkooki i niezmordowany udeptywacz to jej dwie fuchy ;) .
Lala zaś to pieszczocha i trochę ciamajda, w zabawie podgryza i liże naprzemiennie ręce.
Takim to sposobem, mamy cztery burasy – Lala, Frania, Studinka i Jajek.

Bracia.

Jajek i Dodek są u nas od czterech lat. Po próbie utopienia zostały odebrane i zawiezione przez dobrą duszę do Kociego Azylu, skąd przejęliśmy je na dom tymczasowy.
Bracia po takich przejściach długo nie mogli nam zaufać, mimo bardzo młodego wieku – około 5 miesięcy.
W końcu rozmiziane, podchowane, zaszczepione zaczęły szukać domu, bo już mieliśmy swoją gromadkę ;) .
Trafił się domek pod Warszawą, który zakochał się w chłopakach poprzez ogłoszenie adopcyjne w internecie. Nadszedł dzień pożegnania z Jajkiem (bury) i Dodkiem (czarnulek), mocno to przeżyliśmy ale tłumaczyliśmy sobie, że lepiej im będzie z rodziną, gdzie będą tylko we dwóch, nie z naszą czeredą.
Państwo dostali zalecenia zoopsychologiczne dla kociaków, by nasza praca nie poszła na marne w dalszym oswajaniu i zostały.
Przez prawie pół roku byliśmy karmieni kłamstwami, że wszystko OK, że się oswajają i polubiły nowy dom, fotki też czasem były. W końcu przyszedł moment, gdy pani powiedziała że następnego dnia przywozi nam koty, bo są agresywne, warczą a tak w ogóle to ona jest w ciąży i boi się o dziecko.
Byliśmy tak zszokowani, że długo zachodziliśmy w głowę o co poszło.
Koty przyjechały następnego dnia rano. Wiele nie rozmawialiśmy, bo i o czym tu było rozmawiać… Po wyjściu z transporterka oba się szybko schowały pod kanapę, ale wyszły po kilku minutach – poznały nas i miauczenie kotów zza drzwi. Naszym oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy :( . Brzydkie futro, sypiące się i koty chodzące nisko po ziemi ze strachu. Nie chcę już o tym nawet myśleć. Państwo nie zrobili nic z moich zaleceń, „agresywne i warczące” koty kilka minut po wyjściu już nam leżały na kolanach i były myte na powrót do domu ;) przez resztę zwierzaków.
Baliśmy się już ich oddawać, by znów się nie sparzyć na nieudanej adopcji więc zostały już jako nasze futrzaki.
Jajek nadal jest nachalnym wręcz miziakiem <3 Dodek zaś jeszcze na głośniejsze słowo lub podniesienie ręki ucieka, ale za chwilę wraca.

Miłość do zwierząt była w naszym domu od zawsze.

Miłość do zwierząt była w naszym domu od zawsze. Zaczęło się od kotki Rodziców.
Gaja została wzięta jako biało-bury okruszek z domu tymczasowego Pani Bożeny Wahl, gdy byłam nastolatką a zatem już dawno dawno ;) . To zawsze był kot Mamy, ją sobie wybrała na najważniejszą w domu. Gaja dożyła dość niezwykłego jak na kota wieku około 20 lat i już ze starości, chorób wewnętrznych i ślepoty niedawno odeszła.
W naszym domu zaczęło się od dwuletniego Furkota z Kociego Azylu w Konstancinie – (['_trackEvent','outbound-article','http://101kotow.pl']);">http://101kotow.pl/ – Kota przez duże „K”. Nie chcieliśmy małego kociaka, woleliśmy dać dom już nieco starszemu kotu. Kto go miał okazję poznać ten potwierdzi – król każdej imprezy, zawsze bez ceregieli na kolanach u gości, też takich którzy uporczywie twierdzili, że oni kotów nie lubią. Po spotkaniu z Furkotem mówili z pewnym ociąganiem, że co prawda koty to nie to, co lubią ;) ale jego to by chętnie przygarnęli więc gdybyśmy się rozmyślili to oni są chętni na adopcję :D . Kocur rządził stadem, ale też z wielką troskliwością jako pierwszy przyjmował po wyjściu z izolacji adaptacyjnej zagubione w nowym środowisku Tymczasy. O tak, wylizywaniom, zabawom i wspólnemu spaniu nie było końca. Pozostałe zwierzaki, dopiero po tym ośmielone, również zaczynały dopuszczać do siebie nowego kociaka.
Niestety, nasz koci numer Jeden jakiś czas temu odszedł, zabrał go chłoniak i pozostawił nas w głębokiej rozpaczy. Czas jednak i życie codzienne jakoś pozwoliły złagodzić ból, ale wspomnienia są nadal piękne, tak jak on był. Nasz pierwszy w końcu…
Podczas adoptowania Furkota Pani Irena Jarosz bardzo nas namawiała na dwa koty od razu – by się już znały i nie czuły samotne. My jednak, na samym początku roku szkolnego Syna, twierdziliśmy że okołoszkolne wydatki – podręczniki, baseny, ubezpieczenia itd ;) są w tej chwili tak duże, że póki co nie stać nas na dwa koty, że za jakiś czas na pewno, bo chcemy mieć więcej zwierząt,  ale nie teraz. Fukoś dość szybko po adopcji rozchorował się nam ze stresu – cewnikowanie, narkoza, leki, karma… W tamten tydzień na leki wydaliśmy tyle pieniędzy, że można by było kupić jakąś małą wyspę na tropikalnych wodach ;) . Gdy tylko wyzdrowiał zaczęliśmy oglądać koty do adopcji.  Kika trafiła do nas jako półroczna totalnie dzika i skrzywdzona przez los koteczka. Na dźwięk głosu, szybszy ruch ręką uciekała od razu na wysoką szafę. Obecnie to nasza królewna, kochająca mizianki, bardzo łagodna i trochę ciapowata ;) .
Jakieś trzy miesiące po przyjściu Kikuni nastała Studencia, początkowo zwana Studentem – bo wzięliśmy go z Katowic, jako chłopaka ;) . Pewnego razu patrzymy a nasz kochany kocurek ;) zadziera ogon i zaczyna miauczeć jak kotka podczas rujki. No i tak, weterynarz potwierdził, że to koteczka ;) . Studencia mieszkała jako kociak w bazie transportowej, była bardzo nieufna, płochliwa i sycząca. Długo nam zajęło oswojenie jej, na szczęście dobre relacje z Furkotem i Kikunią przyspieszyły to, że zaczęła nam bardziej ufać. Do łózka jednak, na mizianki przyszła dopiero po pół roku od pierwszego dnia u nas. Z uwagi na jej strachliwy charakter i „zwykły” bury kolor nie było chętnych na nią, ponieważ została przez nas wzięta jako kociak do oddania. Po roku u nas stało się jasne, że ogłoszenia adopcyjne nie przynoszą efektów i została jako trzeci kot. Teraz to kocinka, która wręcz wrzaskiem domaga się głaskania, często po prostu nas budząc, bo dokładnie o 4.12 am ;) musi być miziana i koniec.
Kolejnym tymczasem została Emi (imię wymyślił Syn, z popularnej wtedy bajki dla dzieci pt. „Sonic X” (to już naprawdę tyle lat minęło?? Obecnie Michał ma 16 lat, mówi barytonem i ma 175 cm wzrostu). Emilka trafiła do nas z miotu dzikiej kotki, którą złapała do wyleczenia i sterylizacji Jana. Miot liczył pięć koteczek, wszystkie słodkie jak miód i psotne jak brygada małych diabełków bo kilka dni   wszystkie dziewczynki były u nas. Pozostała u nas Emilka – również z intencją oddania jej do dobrego domu do adopcji. No bo trzy nasze ówczesne koty czyli Furkot, Kika i Studencia to hoho – trzy koty to już dużo i na czwartego miejsca nie ma ;) . Emilka jednak wiedziała co robi i swoimi słodkimi oczętami, dawaniem buziaków i ogólnie charakterem łączącym cechy człowieka, psa i kota czyli mega towarzyskość, mądralinskość ;) i stałe niemal przyklejenie do człowieka spowodowała że została. A Jana, od której mamy Emilkę, jest obecnie wolontariuszkę w Koterii. (['_trackEvent','outbound-article','http://koteria.org.pl']);">http://koteria.org.pl/index.htm.
OK, cztery koty – damy radę chyba ;) . Wiadomo, szczepienia, sterylizacje trzech kotek, zabezpieczenie okna w poprzednim mieszkaniu na Woli – wszystko to były duże koszty. Za to radość, którą dawały nam koty i to, że Michał od siedmiolatka  wychowywał się ze zwierzętami, ucząc się delikatności, odpowiedzialności za zwierzę i to, że przy zwierzaku się świetnie zasypia sprawiło, że na koszty się nie patrzyło i nadal się nie patrzy ;) .
Obiecaliśmy sobie jednak z Mężem, że cztery koty to będzie taka nasza już niezmienna ilość i że kolejne koty będą już na pewno tylko Tymczasami, by zawsze było miejsce na jakiegoś potrzebującego zwierzaka.
Słowa słowami a życie życiem ;) ale o tym… to już wkrótce :))) .

Festyn SyMfonia Serc 2012 już w tę niedzielę 16.09.2012

Już w najbliższą niedzielę w godzinach od 11 do 21, rusza festyn SyMfonia Serc, który odbędzie się na Krakowskim Przedmieściu przy Placu Zamkowym w Warszawie. Będę miała przyjemność udzielania chętnym osobom darmowych porad zoopsychologicznych.

Zapraszamy na wiele atrakcji: , ciekawe zajęcia dla dzieci, loterię fantową, koncerty wielu zespołów na scenie w tym: pokazy tanga argentyńskiego i tańca towarzyskiego na wózkach inwalidzkich oraz występy zespołu „Gawęda”.

Więcej informacji:  (['_trackEvent','outbound-article','http://www.symfoniaserc.pl']);" target="_blank">http://www.symfoniaserc.pl/symfoniaserc.php?poz=Top/E/40/ak/symf2012/20

z okazji Dnia Kota

(['_trackEvent','outbound-article','http://szczecin.gazeta.pl']);" target="_blank">http://szczecin.gazeta.pl/szczecin/1,34959,11163515,Dzis_Dzien_Kota__Albo_je_kochamy__albo_ich_nie_znamy.html
mój artykuł o kotach z okazji dzisiejszego Dnia Kota.  Skrócony co prawda, bo się rozgadałam jak to ja  a artykuły na jedną stronę rządzą się swoimi prawami, ale większość tego co chciałam ważnego napisać, zostało.
Dziękuję Pani Redaktor Annie Łukaszuk za miły kontakt, pozdrawiam!

Dziś dzień Kota – PROMOCJA !!

Z okazji Dnia Kota – dziś zamówione spotkanie zoopsychologiczne (pies/kot) z ustalonym terminem w lutym równo o połowę taniej czyli 90 zł za dwa spotkania zamiast 180 zł oraz 65 zł zamiast 130 zł – podane ceny są cenami brutto. Warszawa i okolice. Proszę pisać na maila i zapraszam!

festyn SyMfonia Serc – zapraszam serdecznie

Już w najbliższą niedzielę w godzinach od 11 do 21, rusza festyn SyMfonia Serc, który odbędzie się na Krakowskim Przedmieściu przy Placu Zamkowym w Warszawie. Będę miała przyjemność udzielania chętnym osobom darmowych porad zoopsychologicznych.

Zapraszamy na wiele atrakcji: paradę motocykli i starych samochodów, ciekawe zajęcia dla dzieci, loterię fantową, koncerty wielu zespołów na scenie w tym: pokazy tanga argentyńskiego i tańca towarzyskiego na wózkach inwalidzkich oraz występy zespołu „Gawęda” i „Warszawianka”.

Pies z polisą kosztuje mniej

Wykupując ubezpieczenie dla zwierzęcia, można otrzymać zwrot kosztów leczenia, odszkodowanie z tytułu jego zaginięcia czy śmierci, a nawet zasiłek pogrzebowy umożliwiający pochówek na specjalnych cmentarzach – informuje „Dziennik Gazeta Prawna”.

Polisy dla (['_trackEvent','outbound-article','http://deser.pl']);">zwierząt pojawiają się w ofertach coraz większej liczby towarzystw ubezpieczeniowych. Wychodzą tym samym naprzeciw zapotrzebowaniu rynku na ten produkt. Wszystko jest spowodowane rosnącymi kosztami utrzymania i leczenia zwierzaka. Wyleczenie psa z choroby odkleszczowej może kosztować nawet 1 tys. zł. Drogie są też terapie po wypadkach, np. potrącenia przez samochód. Jednak nie każdy zwierze domowe zostanie ubezpieczone. Wymagane jest świadectwo zdrowia od weterynarza. Towarzystwa nie wystawią polisy bardzo młodym i starym czworonogom. Podobnie, jak przy innych umowach, wysokość składki zależy od sumy (['_trackEvent','outbound-article','http://wyborcza.biz']);">ubezpieczenia. Bierze się również pod uwagę dodatkowe umiejętności, jak np. pies przewodnik dla osoby niewidomej. Koszt ubezpieczenia OC dla psa wynosi od 25 do prawie 50 zł, zaś roczna polisa od kosztów leczenia zawiera się w przedziale od 150 do 300 zł.

 

cały artykuł: (['_trackEvent','outbound-article','http://gospodarka.gazeta.pl']);">http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33181,9331479,_Dziennik_Gazeta_Prawna___Pies_z_polisa_kosztuje_mniej.html